Równouprawnienie? A co to takiego?

Nie tak dawno obchodziliśmy kolejny w naszym życiu Dzień Ojca. W kalendarzach niemal każdego kraju znajdziemy takie dwa szczególne święta: Dzień Matki i Dzień Ojca. Programy telewizyjne, materiały prasowe, akademie w szkołach… wszystko to ma podkreślić wagę i znaczenie macierzyństwa i rolę  matki w życiu dziecka. W tym roku redakcja jednego z popularnych kalendarzy „zdzieraków” złożyła też hołd w Dniu Ojca – matkom.

Trwający od kilkudziesięciu lat proces redukowania roli mężczyzny w rodzinie, w ostatnich kilkunastu latach przybrał postać rzeczywistej dyskryminacji. Przejawia się ona nie tylko w aktach prawnych ale stara się też kształtować świadomość społeczną za pomocą massmediów. Wystarczy dziś obejrzeć dowolny, współczesny film rodem z Hollywood, aby zobaczyć ojca w roli ostatniej ofiary, fajtłapy, frajera, tego, który musi zawsze liczyć na silna, roztropną i rezolutną żonę. O, przepraszam, „partnerkę”. Indoktrynacja dotyka nie tylko dorosłych. Twórcy nowego łady światowego nie zaniedbują też świadomości najmłodszych. W dzisiejszych animacjach to nie chłopiec podaje rękę słabszej dziewczynce podczas wspinania się na górę. To nie chłopiec pierwszy podąża w ciemnościach, to nie chłopiec staje w obronie dziewczynki. Oni są tymi słabszymi, gorszymi, bardziej lękliwymi. Coś, co zasługuje na politowanie.

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy powszechnie promowana jest wizja „partnerskich” relacji w małżeństwie lub bardziej „nowoczesnym” związku na tzw. kocią łapę. Krótko mówiąc, partnerstwo to polegać ma na tym, że oboje maja prawo do pracy, kariery zawodowej i własnych zainteresowań. Oboje też mają wspólne obowiązki dbania o dom i wychowywania potomstwa.

Piękna idea, nieprawdaż? Ja tylko nieskromnie zapytam: Jeśli oboje mają prawo do realizacji swych zawodowych i towarzyskich aspiracji, to któż zajmie się realnym wychowaniem dzieci, jeśli już nie zdecydują o „pozbyciu się problemu”? Naturalnie w ciągu dnia zastąpi ich prezydent Trzaskowski z jego kartą LGBT+ a wieczorami telewizor, gdzie będą się uczyć, jakim fajtłapą jest ich ojciec a mąż dzielnej mamusi.

Dość gorzkiej ironii. Psychologia doskonale wie, że natura kobiety ceni mężczyzn silnych, zdecydowanych, dominujących, którzy potrafią i chcą wziąć odpowiedzialność za nią samą i stworzoną wspólnie rodzinę. Ile jednak z tych kobiet karmionych ideologią „emancypacji”, wbrew logice stara się zredukować męża czy kochanka do roli pomocy domowej i narzędzia w łóżku? Ile z nich ulega iluzji głoszonej przez różne Środy, Nowackie czy nawet wiosennych Biedroniów? Ile z tych kobiet czuje si…e później rozczarowanych, zmęczonych życiem? Ile z nich, widząc, jak czas ucieka, zaczyna szukać ideału mężczyzny, którego tak skutecznie zabiły w tym dotychczasowym?

Przychodzi wówczas moment, w którym wszelkie banialuki o równouprawnieniu stają się fikcją. Mężczyzna może w jednej chwili stracić nie tylko dom, żonę ale także tych, dla których poświęcał całe życie – swoje dzieci. Wystarczy jeden kaprys, czyjś podszept czy chociażby znudzenie, aby z męża i ojca stać się robotnikiem przymusowym będącym jedynie bankomatem dla pogubionej kobiety. Z dawnych frazesów o partnerstwie, współodpowiedzialności i miłości zostaje pustka. W starciu z machiną państwa chroniącego niemal w każdej sytuacji „słabszą” płeć słuszność i prawda stają się bezbronne.

W Polsce kilkadziesiąt tysięcy mężczyzn jest wykorzystywanych  finansowo, a co najgorsze, w walce z nimi najczęściej używane są dzieci. Na forach społecznościowych każdego dnia pojawiają się nowe historie ojców pozbawionych kontaktów z własnym potomstwem, obarczonych za to koniecznością płacenia fortuny za zachciewajki kobiet, którym kiedyś powierzyli swoje życie. Nie zmienia tego obrazu niepodważalny fakt, że jest też wiele ojców, którzy dziećmi swoimi się zwyczajnie nie interesują. Nie o nich tu mowa.

Kilka miesięcy temu media obiegła wieść o kolejnym „porwaniu”. Oto ojciec, oczywiście skoro zabrał dziecko, to „wyrodny”, zabrał dziecko i pojechał w siną dal. Chory jakiś, dziecko zabrać? Po co mu było dziecko? Mógł spokojnie pracował, pieniądze wysyłać matce i nie podskakiwać. A tak, państwo uruchomiło wszelkie siły przeciwko przestępcy, ogłoszono za zwyrodnialcem ChildAlert aby nie schronił się w żadnych europejskim landzie. Na szczęście udało się. Facet trafił do paki a dziecko do swej właścicielki. Frajer nadal będzie pracował, tyle, że w więzieniu. Porwał dziecko… znaczy się wziął swoje własne dziecko do samochodu i odjechał. Zaraz, jakby to nazwała prasa, gdyby na jego miejscu była kobieta? Są dwie możliwości. Skoro wzięła dziecko i wyjechała, to zapewne miała powody. Może ją bił, może za mało zarabiał? A może był zbyt mało męski? No, albo druga możliwość: miała prawo, to przecież ona urodziła, więc jej. A on? Gdyby był dobrym ojcem, to by pracował, pieniądze wysyłał i się nie wtrącał.

Kilka tygodni temu Tygodnik Nowodworski opisywał przypadek z Pomiechówka w powiecie nowodworskim. Rafał R., mimo ustalonych przez sąd widzeń z dziećmi, nie widział ich od szeregu miesięcy. Cóż z tego, że regularnie podjeżdża na ulicę Serocką i czeka na synów? Cóż z tego, że dysponuje nagraniami wideo, na których matka instruuje kilkulatków, jak mają mówić, gdy policja zapyta ich, czy chcą widzieć ojca? Co z tego, że przychodzi do szkoły, jeśli matka w pośpiechu wyciąga z niej przerażonych synów. Może poskarżyć się sądowi. Poskarżył się. Sąd nawet ukarał niesforną rodzicielkę. Ma zapłacić… 50 zł.

Przypadek z Pomiechówka opisujemy nie bez powodu. W spór pomiędzy rodzicami zaangażowało się „Centrum Ojca”. Na stronie internetowej fundacji można przeczytać między innymi: „Głównym celem jest pomoc Sądom Rodzinnym by prawa ojca i dzieci były przestrzegane, oraz reprezentowanie ich spraw wobec organów władzy i w przestrzeni publicznej. Rozwodzisz się? Boisz się sądu? Adwokat nie spełnia Twoich oczekiwań? Brak mu czasu dla Ciebie? A może nie stać Cię na adwokata? Zgłoś się do nas.”  „Centrum”  odegrało w sprawie niepoślednią rolę… po stronie matki.

Jak możemy się dowiedzieć z danych KRS, fundację „Centrum Ojca” prowadzi małżeństwo, Marek i Anna Maria K. Te same osoby prowadzą spółkę FABEG zajmującą się tworzeniem programów rozrywkowych skierowanych raczej do przysłowiowych blondynek.

Pan Rafał nie znał  wielu aspektów działalności państwa K. Znalazłszy się w tragicznej sytuacji, pomocy szukał pod każdym możliwym adresem. Dziś tak opisuje tamten czas: „Mam bardzo trudną sytuację. Od 8 lipca 2018 ani razu nie widziałem moich dzieci (7 i 9 lat). Ich matka (Anna R., na Facebooku jednak zmieniła swoje nazwisko na panieńskie, czyli Anna M.) ignoruje prawomocny wyrok sądowy, w którym jednoznacznie, jasno ustalone są moje kontakty z dziećmi. Niewzruszona jest na wszystkie interwencje policji i upomnienia. Pozostaje głucha na tłumaczenia sędzi w tym temacie w czasie jednej z rozpraw sądowych. Bezkarnie, bez najmniejszego wysiłku łamie prawo. Do tego pranie mózgu dzieciom, do którego bez krępacji przyznaje się w sądzie. Ale kogo by to tam obchodziło. Zostawmy to. Stowarzyszenie takie jak to zostało stworzone w tym celu by wspierać, radzić, pomagać ojcom w takiej sytuacji jak moja. Zwrócę się po pomoc do Centrum Ojca.

Próbuję skontaktować się na główny numer telefonu na stronie internetowej stowarzyszenia. 30 kwietnia 2019, godz. 13:29. Rozprawa w sądzie, na której posiadaczka telefonu zapewne była, musiała trwać niesamowicie długo, gdyż do końca dnia nie doczekałem się telefonu zwrotnego. Będę próbować dalej. 6 maja, po majówce, telefonuję i tego samego dnia udaje się uzyskać kontakt. Usłyszałem najpierw “nasze stowarzyszenie nie może panu pomóc”, za chwilę “byłam świadkiem w pańskiej sprawie, więc nie mogę panu pomagać”. Wspominam ponownie, że kontaktuję się ze stowarzyszeniem a nie określoną osobą. Słyszę “generalnie zostaliśmy zaangażowani w sprawę” (czyt. przez matkę). Na szczęście, że doszliśmy do porozumienia w rozmowie. Aby nikt nie zarzucił, że narzekam 🙂 lub nie osądzać, że mówię, że nie otrzymałem pomocy. Dostałem obietnicę, że Stowarzyszenie może pomóc w przeprowadzeniu mediacji i o takie odpytać matkę dzieci. Finalnie jestem wdzięczny i zadowolony z pomocy. Najlepsze są sytuacje gdy każde możliwe rozwiązanie jest pozytywne. 14 maja, po 8 dniach, otrzymałem odpowiedź, że matka dzieci “nie wyraża zgody na mediacje”. Jednak każdy może się przysłużyć dobrej sprawie.”

Na tym jednak rola sławetnej fundacji nie zakończyła się. Po wielu miesiącach na jej profil na facebooku trafił piszący na temat pomiechowskiej walki o dzieci Piotr Korycki, dziennikarz Tygodnika Nowodworskiego. – Sprawą zainteresowałem się po obejrzeniu zdjęć, na których widać było zdesperowane ojca informującego, iż wbrew wyrokowi sądu, ktoś ukrywa przed nim jego własne dzieci – wspomina Korycki. – Nie mając żadnych namiarów na mężczyznę ze zdjęcia, zacząłem przeszukiwać internet. Tym sposobem trafiłem na „Centrum Ojca”. Zagadnąłem administratora tego profilu poprzez komunikator. Tu przeżyłem pierwszy szok – osoba po tamtej stronie, reprezentująca jakąś wspólnotę, która ma zajmować się pomocą ojcom, zdecydowanie odradzała mi jakiekolwiek zaangażowanie po stronie Rafała R.! Rozmowę te potraktowałem bardzo serio i nadal nie mając kontaktu z ojcem dzieci, sprawę opisałem nad wyraz chłodno i krótko – zapewnia autor artykułu.

Na tym jednak jego przygoda z fundacją nie zakończyła się. Już w kilka dni po publikacji, poprzez komunikator facebooka otrzymał groźby procesu sądowego. Ich autorką była Anna M., była żona p. Rafała. Odezwał się też komunikator fundacji.  – Pojawiły się żale, że mimo dobrych rad, zająłem się tą sprawą – relacjonuje dziennikarz. – Ostatecznie udało mi się umówić na rozmowę z matką dzieci, podczas której kobieta zdołała mnie przekonać do swojej krzywdy i tego, że jej były mąż godzien jest wszelakiego potępienia. Przyznaję, że w głowie miałem już ułożony tekst, w którym potępiam wiarołomnego męża i brutalnego ojca. Dla uczciwości dziennikarskiej musiałem jednak uzyskać też wypowiedź drugiej strony sporu. Pani Anna M. niechętnie, ale ostatecznie zgodziła się wysłać mi numer telefonu swego „dręczyciela”. Gdy bezowocne oczekiwanie na tenże numer skończyło się zarwaniem wszelkiego kontaktu, postanowiłem znów odezwać się do „Centrum Ojca”. Co więcej, udało mi się nawet nawiązać kontakt telefoniczny. Kobieta, zapewne Anna Maria K., choć odmówiła przedstawienia się, przedstawiła się, jako dziennikarka. Nie przeszkadzało jej to w przekonywaniu mnie, że sprawa jest tak oczywista, że nie mam żadnego powodu, abym rozmawiał z ojcem dzieci. Słowa matki powinny mi wystarczyć. Gdy upierałem się, obiecała zapytać o zgodę Annę M. i ewentualnie oddzwonić. To był nasz ostatni kontakt. Na tym oczywiście nie zakończyła się cała sprawa. Obie panie Anny przypuściły zmasowany atak słowny na naszą redakcję. Z moich informacji wynika, iż kilkakrotnie telefonowały do biura redakcji a nawet do naczelnej. Ten nacisk musiał być na tyle poważny, że otrzymałem wyraźny zakaz pisania na ten temat. Dochodziły do mnie nawet plotki, iż rozważają pozew sądowy. Ja na szczęście, jako dziennikarz mam zwyczaj nagrywania każdej rozmowy telefonicznej. Czekałem więc na pozew z nieskrywaną niecierpliwością – żartuje Korycki.

„Centrum Ojca” ma bardzo zła opinię wśród członków przeróżnych grup wzajemnego wsparcia, w jakie organizują się pokrzywdzeni ojcowie. Wertując wypowiedzi opublikowane na przełomie wielu tygodni, nie znaleźliśmy ani jednej pozytywnej opinii.

Pan Rafał R. nie widział swoich kilkuletnich synów kilka miesięcy. Są jednak w Polsce ojcowie, którzy nie mieli kontaktu z dziećmi od szeregu lat. Część z nich ma ustalone przez sąd „widzenia”. Cóż z tego, skoro właścicielki dzieci są ponad sądem?

Leave a Comment