Przykurcz liturgiczny

Pan Bóg mnie ostatnio ciężko doświadcza. Świątek, piątek i niedziela na wszystko brakuje czasu. Od trzech tygodni nawet na porządnego kościoła na Mszę św. jechać nie mam czasu. Zawsze kończy się na kościele parafialnym.  Ciężkie to doświadczenie, ale… ponoć Bóg doświadcza tych, których kocha… Można mieć choć nadzieję.

Inna rzecz, że i to doświadczenie bywa czasami tak żałosne, że aż śmieszne. Chyba każdy z nas miał kiedyś okazje oglądać film, w którym dialogi nie nadążają za obrazem. Ktoś coś niby mówi, ale jego głos dochodzi do nas dopiero wtedy, gdy np. widzimy kłapiącą paszczę lwa. Dokładnie tak, wydaje się  wówczas, że to lew przemówił do nas ludzkim głosem. Czasami jednak może być to nie lew, a np. baran. Wtedy jest jeszcze śmieszniej. No, ale zejdźmy na ziemię, a właściwie do jednego z kościołów na wzniesieniu. Zaczyna się Msza święta. Kapłan zdołał już dłonią muchy odgonić, ręce pobożnie złożyć a do nas ciągle dobiega głos, jakiego żadna opera by się nie powstydziła: „…i Syna i Ducha świętego, Aaameeeen.”

Dalej jest też ciekawie, choć już nie tak zabawnie. Wedle zreformowanego mszału w ostatnią niedzielę Kościół czytał nam fragment Pisma św. o kobiecie kananejskiej, która swym upartym działaniem i głębokiej wierze doprowadziła do uzdrowienia swej córki. Kapłan (ten od operowego głosu), zaczynając homilię, nawiązał oczywiście do historii sprzed 2 tysięcy lat skupiając się na trudnościach, jakie matka tej opętanej dziewczyny musiała pokonać, aby mógł się wydarzyć cud uzdrowienia.

Pierwszą z trudności, jakim musiała stawić czoła, było samo wejście pomiędzy Żydów. Kapłan przedstawił wiernym obraz nietolerancji i nienawiści, jaką Żydzi kierowali w stronę rdzennych mieszkańców ziemi Kanaan. Cóż, znając także współczesną tolerancję Żydów wobec chociażby Palestyńczyków, łatwo można w słowa kaznodziei uwierzyć. Jednak wedle niego była też inna trudność. Otóż matka, jak to zwykle z matkami bywa, była kobietą. No i ta matka, czyli kobieta, musiała wejść nie tylko w środowisko żydowskie, ale także podejść do mężczyzn, jakimi byli uczniowie Chrystusa i sam Mistrz. Kapłan tłumaczył zebranym owieczkom, że dziś to normalne, wszak kobiety są równie mężczyznom, no ale w tamtych czasach! Co to, to nie! Jego zdaniem to mógł być pierwszy w historii taki przypadek, gdzie niewiasta wychyliła nosa z domu.

A ja słuchając tych bredni zastanawiałem się, ile osób, z obecnych w danym momencie w świątyni przypomina sobie teraz biblijną opowieść o wizycie Jezusa w domu Marii i Marty, gdzie jedna z kobiet obmywała nogi Mistrza i wycierała je własnymi włosami, o Marii Magdalenie, o cudzie rozmnożenia chleba i ryb, gdzie to na wzgórzu byli mężczyźni, kobiety i dzieci, o Weronice, która przedzierając się przez uliczny tłum wytarła twarz dźwigającemu krzyż Jezusowi, o kobietach stojących pod krzyżem…

Zostawmy na boku nieszczęsnego księdza.

„Przed tak wielkim Sakramentem, upadajmy wszyscy wraz”… śpiewają wierni podczas adoracji Najświętszego sakramentu. W tym roku podobno jakaś epidemia, więc można było iść na pielgrzymkę nie ruszając się z miasta. Najwidoczniej na powietrzu, podczas pielgrzymowania istniało większe ryzyko zarażenia niż w sklepie bądź właśnie w kościele. Skoro więc można było w zastępstwie pielgrzymki pielgrzymować duchowo, niemal wirtualnie, to czemu z tego nie skorzystać? Wystawienie Hostii, śpiew o upadaniu na kolana, po czym bęc, tyłek na ławkę i można już medytować nad własną świętością. To nic, że ten Wielki Sakrament nadal jest wystawiony! Posiedzę sobie, odpocznę, powzruszam… To nic zaskakującego. Przecież ten wystawiony w monstrancji Najświętszy Sakrament to dokładnie ten sam, po który można wyciągną brudną łapę podczas przyjmowania Komunii św. To ten sam, który niesie w ręku kapłan rozdając wiernym a profani siedzą niepomni, że „przed tak wielkim Sakramentem” należy przynajmniej klęczeć. Niestety, dziś, tak często spotykany przykurcz liturgiczny zamiast uklęknięcia nie jest jeszcze największym grzechem.

Czy można się później dziwić, że ludzie nic o swej wierze nie wiedzą?

Leave a Comment